Na rynku walutowym wojna rzadko działa jak pojedynczy impuls. Nie ma jednego przycisku z napisem panika, po którego naciśnięciu wszystko dzieje się według podręcznika. Ostatnie tygodnie pokazały raczej coś bardziej złożonego: Forex nie reagował wyłącznie na doniesienia z frontu, lecz na to, co konflikt robił z ropą, inflacją, oczekiwaniami wobec stóp procentowych i globalnym apetytem na ryzyko. Od końca lutego do 8 kwietnia 2026 r. rynek żył wojną na Bliskim Wschodzie i ryzykiem dłuższej blokady Ormuzu, a każda nowa wiadomość potrafiła w kilka godzin odwrócić wcześniejszy kierunek notowań. Dolar raz zachowywał się jak klasyczne schronienie, by chwilę później oddawać część zysków, gdy rosły nadzieje na rozejm. Waluty importerów energii słabły szybciej, niż wynikałoby to z samych danych makro, bo inwestorzy zaczęli wyceniać nie tylko wyższe koszty paliw, lecz także dłuższy okres niepewności, inflacji i ostrożniejszych banków centralnych.
To dlatego miniony miesiąc na Forexie był tak nerwowy. Rynek nie bał się wyłącznie wojny. Bał się wojny, która podnosi cenę energii, wzmacnia dolara, zmusza część banków centralnych do obrony własnych walut i jednocześnie odbiera inwestorom pewność, kiedy oraz czy w ogóle wrócą obniżki stóp. Gdy ropa drożeje skokowo, waluty zaczynają mówić więcej o strukturze gospodarki niż o samej psychologii rynku. Eksporterzy surowców wyglądają nagle solidniej, importerzy energii stają się bardziej podatni na presję, a bezpieczne przystanie okazują się mniej oczywiste, niż sugerują schematy z przeszłości.
Gdy wojna weszła na wykresy
Pierwsza faza reakcji była niemal podręcznikowa, ale tylko przez chwilę. Kiedy konflikt się zaostrzał, a rynek zaczął wyceniać, że zamknięcie Ormuzu może potrwać dłużej, inwestorzy uciekali w stronę dolara. Reuters pisał, że od wybuchu wojny pod koniec lutego dolar korzystał z popytu na aktywa bezpieczne, podczas gdy ropa weszła powyżej 100 dolarów za baryłkę, a widmo stagflacji zaczęło dominować nad wcześniejszymi oczekiwaniami na łagodniejszą politykę Fedu. W tej fazie waluty nie reagowały na samą geografię konfliktu, lecz na jego finansowy rachunek.
Potem przyszła druga faza, znacznie mniej intuicyjna. Gdy pojawiły się sygnały możliwego zawieszenia broni, dolar zaczął się cofać, a euro, jen, frank i waluty bardziej cykliczne odrabiały straty. 8 kwietnia 2026 r. Reuters odnotował spadek dolara o około 1 proc. wobec jena, gdy rynek przeszedł w tryb ulgi po ogłoszeniu dwutygodniowego rozejmu, a dzień wcześniej informował o wzrostach euro, funta i dolara australijskiego oraz o kilkunastoprocentowym spadku cen ropy. Ten nagły zwrot dobrze pokazał, że w czasie wojny Forex nie handluje samym strachem. Handluje zmianą prawdopodobieństw.
Dlaczego dolar wygrał pierwszą rundę paniki?
Najważniejsza była tu nie tylko reputacja dolara, lecz także jego funkcja operacyjna. Gdy ropa drożeje i rynek boi się zaburzeń podaży, świat potrzebuje więcej dolarów do rozliczeń, zabezpieczeń i utrzymywania płynności. To dlatego konflikt energetyczny tak często zamienia się w konflikt walutowy. Reuters wskazywał, że po wybuchu wojny Brent zdrożał od 28 lutego o 55 proc., a dla Azji oznaczałoby to deficyt naftowy liczony już nie w setnych, lecz w kilku punktach PKB. To nie jest środowisko, w którym inwestorzy lekko podchodzą do walut krajów uzależnionych od importu energii.
Drugim elementem była polityka pieniężna. Im wyżej szła ropa, tym trudniej było rynkowi wierzyć w szybkie cięcia stóp przez Fed i inne banki centralne. A skoro wojna podbijała jednocześnie inflację i ryzyko spowolnienia, inwestorzy zaczęli traktować dolara jako walutę korzystającą zarówno z niepokoju, jak i z odsuwania w czasie łagodzenia polityki monetarnej. Taki miks wzmacniał amerykańską walutę bardziej niż zwykła ucieczka od ryzyka.
Kto oberwał najmocniej?
Najmocniej ucierpiały waluty tych gospodarek, które są wrażliwe jednocześnie na droższą energię, odpływ kapitału i lokalną inflację. Reuters opisywał, że rupia indyjska, rupia indonezyjska i peso filipińskie schodziły do rekordowo słabych poziomów, a won koreański spadł do najniższego poziomu od 17 lat. Nawet jen, mimo reputacji bezpiecznej waluty, pozostawał historycznie słaby.
Najdobitniej było to widać na kilku przykładach:
- Rupia indyjska osłabiała się tak mocno, że po informacji o rozejmie rynek potraktował jej odbicie niemal jak barometr ulgi; 8 kwietnia kurs poprawił się z 93,0075 do 92,62 za dolara.
- Peso filipińskie znalazło się pod dodatkową presją, bo skok cen paliw szybko przełożył się tam na inflację, a bank centralny zaczął ostrzegać przed szerszym efektem spillover.
- Won koreański ucierpiał jako waluta kraju silnie uzależnionego od importu energii i przemysłu wrażliwego na koszty paliw.
- Jen nie był klasycznym zwycięzcą awersji do ryzyka, bo wysoki rachunek za import energii ciążył mu niemal tak samo mocno, jak pomagał status waluty defensywnej.
Ta lista mówi coś ważnego o naturze obecnego rynku. Najsłabsze nie były po prostu waluty krajów biedniejszych. Najsłabsze były waluty gospodarek, które w warunkach szoku energetycznego muszą jednocześnie płacić więcej za import, bronić wiarygodności banku centralnego i przekonywać rynek, że nie stracą kontroli nad inflacją. Forex bardzo szybko oddziela wtedy kraje z komfortem surowcowym od tych, które muszą kupować bezpieczeństwo za dolary.
Co mówiły jen, euro i frank?
Jen zachowywał się chyba najbardziej przewrotnie. W teorii powinien zyskiwać na strachu. W praktyce jednak przez większość najostrzejszej fazy konfliktu pozostawał blisko poziomu 160 za dolara, a japońscy decydenci zaczęli otwarcie ostrzegać przed interwencją. Reuters pisał 6 kwietnia, że jen był około 1,5 proc. słabszy niż na początku wojny, a rynek testował próg bólu Tokio właśnie dlatego, że Bliski Wschód wzmacniał nie jena, lecz popyt na dolara i obawy o rachunek za energię.
Euro było mniej dramatyczne w zachowaniu, ale także nie pozostało niewinne. Gdy rosły ceny energii, inwestorzy zaczynali wyceniać słabszy wzrost strefy euro i większy problem inflacyjny. Reuters zwracał uwagę, że marcowy wzrost gospodarczy Eurolandu wyhamował do dziewięciomiesięcznego minimum właśnie przez droższą energię i zakłócenia dostaw. Frank szwajcarski z kolei zachowywał się bardziej klasycznie: przy rosnących nadziejach na rozejm dolar tracił wobec niego drugi dzień z rzędu, co pokazywało, że frank nadal pozostaje jedną z najbardziej czytelnych walut bezpieczeństwa, ale jego siła zależy od tego, czy rynek boi się eskalacji, czy już handluje ulgą.
Rynek bardziej niż wojny boi się niepewności co do końca wojny
Najciekawsze w tym miesiącu było to, że waluty nie reagowały liniowo. W pewnych dniach ta sama wiadomość o napięciu wzmacniała dolara, a w innych podobna sugestia deeskalacji wywoływała gwałtowny zwrot ku euro, jenowi czy dolarowi australijskiemu. Reuters pokazywał ten mechanizm bardzo wyraźnie: 1 kwietnia dolar tracił wobec franka i euro na nadziejach rozejmowych, 6 kwietnia pozostawał mocny z powodu nowej groźby eskalacji, a 8 kwietnia oddał część przewagi po zawieszeniu broni. Dla rynku walutowego nie liczy się więc wyłącznie poziom zagrożenia, lecz tempo, w jakim zmienia się oczekiwany scenariusz.
I właśnie dlatego ten miesiąc na Forexie był tak pouczający. Wojna nie stworzyła jednego prostego układu zwycięzców i przegranych. Raczej odsłoniła hierarchię odporności. Dolar wygrał tam, gdzie liczyła się płynność i rachunek za energię. Frank zyskał tam, gdzie rynek szukał czystego schronienia. Jen pokazał, że dawne statusy trzeba dziś czytać ostrożniej. A waluty rynków wschodzących przypomniały, że przy szoku surowcowym pierwszym polem bitwy staje się często nie front, lecz kurs wymiany.
Źródła
- The impact of geopolitical risks on foreign exchange markets, 2024, A. T. Hossain
- Geopolitical risks and exchange rates, 2025, Hakan Yilmazkuday
- Exchange rate return predictability in times of geopolitical risk, 2022, Bright Nkrumah Iyke
- How geopolitical risk drives spillover interconnectedness between oil and exchange rate markets in the purview of the Russia-Ukraine war, 2023, O. M. Ohikhuare

Mgr Bogdan Kwiecień
Inwestor giełdowy i spekulant finansowy